Raport z rozgrywki w formie opowiadania na podstawie gry „Robinson: Adventure on the Cursed Island”

Gry planszowe to nie tylko rzucanie kostkami, przesuwanie pionków, liczenie punktów i zagrywanie kart. Jest to również, często przede wszystkim, historia. Czasami wrzucona na siłę, czasami lekka, łatwa i przyjemna, a czasami wciągająca jak bagno. Ignacy Trzewiczek prowadzi bloga o nazwie Boardgames That Tell Stories, a jego Robinson doceniony na całym świecie opowiada historię jak mało która gra. Efektem mojego zafascynowania tym tytułem jest poniższy raport z rozgrywki, pierwszego scenariusza gry zatytułowanego Rozbitkowie, napisany w formie opowiadania.

Jako że to moja pierwsza próba tego typu, to jestem otwarty na wszelkie uwagi i sugestie. Czego za mało, czego za dużo, co dobrze a co źle… Kolejne scenariusze, jak i inne gry, czekają w kolejce, a chciałbym, żeby każda kolejna próba była coraz lepsza.

ROZBITKOWIE

(na podstawie gry Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island)

DZIEŃ 1

To nie może być prawda… Wczorajszy dzień rozpocząłem w swojej kajucie na statku, który miał mnie zabrać na pierwsze od dawna wakacje. Zaczęły się one co prawda już w chwili wejścia na pokład, jednak drinki, imprezy i nowe znajomości, jak przyjemne by nie były, stanowiły tylko namiastkę tego, co miało dziać się po dotarciu do portu docelowego. Tymczasem teraz leżę na piaszczystym posłaniu, patrzę w błękitne niebo, a woda obmywa moją postać. Jasne, że mi to przeszkadza, tak samo jak piasek przylepiający się do każdej części mojego ubrania i ciała, ale niewiele mogę na to poradzić. To nie kurort, który wybrałem, chociaż i tak powinienem uważać się za szczęściarza: ja przeżyłem, reszta ludzi ze statku chyba nie…

Nie wiem co się stało, niewiele też pamiętam, ale czy właściwie ma to jakieś znaczenie? Jakimś cudem moje na wpół nieżywe ciało woda poniosła w miejsce, na którym wciąż się znajduję. Świt przerodził się w słoneczny dzień, a ja nadal nie mogę się podnieść. A może nie chcę? Cały czas chyba mam nadzieję, że to sen. Paskudny, przerażający koszmar, z którego chcę się obudzić, ale jak na złość nie mogę. Mokry, oblepiony piachem, wycieńczony fizycznie i wykończony psychicznie leżę Bóg wie gdzie. Niedoszły topielec, aktualny rozbitek. A może to jednak sen… Zamknę oczy, a gdy je ponownie otworzę, to koszmar minie…

Ze snu wyrwało mnie szczekanie. Tym razem apatia mnie opuściła – a może po prostu o niej zapomniałem – i natychmiast zerwałem się mając przez ten ułamek sekundy nadzieję, że moja głowa ponownie po takim manewrze trafi w nisko zawieszoną półkę nad moim łóżkiem. Niestety… Słońce wisiało na niebie, a pies, który wydawał mi się znajomy, stał nade mną i głośno szczekał, chociaż kiedy na niego spojrzałem zaczął radośnie merdać ogonem, jak gdyby cieszył się z wykonania zadania, którym niewątpliwie było obudzenie mnie. Nasz moment nie trwał jednak zbyt długo. Pies (skąd ja go znam?) pobiegł kawałek wzdłuż brzegu, zatrzymał się i odwrócił w moją stronę, szczekając dalej. Najwyraźniej czekał, aż do niego dołączę. Skoro już udało mu się mnie podnieść, to uznałem, że chociaż tyle jestem mu winien. Powrót do pionu nie okazał się zbyt łatwy ani przyjemny.

Idąc śladem psa zauważyłem w końcu w oddali kolejne ciało leżące na piasku, tak nie pasujące do idyllicznego obrazu, jaki przedstawiała sobą wyspa. Po lewej stronie miałem niebieską wodę, po prawej egoztyczną roślinność, a pod stopami złoty, delikatny piasek. W każdej innej sytuacji byłby to powód do radości, ale nie dzisiaj, nie teraz. Woda wyrzuciła mnie na brzeg, piasek oblepił każdy kawałek, a roślinność mogła skrywać wiele niebezpieczeństw. Ciało leżące na boku należało do mężczyzny, który na pewno był ze mną na statku. Kilka razy pojawił się na pokładzie w zasięgu mojego wzroku i jeśli pamięć mnie nie myli, to należał do obsługi. Coś tam sprzątał czy naprawiał, nie wiem jednak dokładnie, bo pomysł na wakacje miałem inny aniżeli obserwowanie taniej, cudzoziemskiej siły roboczej. Razem z psim kompanem udało nam się go ocucić, a jego reakcja na nową sytuację była zgoła odmienna od mojej. Zerwał się na równe nogi biegając w kółko, machając rękoma i krzycząc w niezrozumiałym dla mnie języku.

Godzinę później wszystko było już jasne: cała nasza trójka ocalała z zatonięcia statku, znaleźliśmy się na wyspie, która, przynajmniej w tej części, nie dawała nadziei na innych ludzi, tak rozbitków jak i tubylców, a my musieliśmy postarać się o jakieś pożywienie i miejsce na bezpieczny nocleg, bo wyglądało na to, że zostaniemy tu na dłużej.

Robinson-tylko-tyle-zostało-ze-statku

Pierwsze, co przyszło nam do głowy, to rozejrzeć się po okolicy. Idąc wzdłuż brzegu natrafiłem na resztki szalupy, w której uratował się Piętaszek (ponury żart, ale na nic innego mnie nie stać). Jej resztki postanowiłem zabrać jako drewno na opał. Znaleźliśmy jeszcze dwie porcje sucharów i młotek, a do niczego nieprzydatne resztki naszego statku woda wyrzucała na brzeg jeszcze przez jakiś czas. Nie chcąc oddalać się za bardzo od „punktu zero”, uznałem, że najlepiej będzie sprawdzić nasze tyły, czyli pójść w głąb, a nie wzdłuż wyspy. Piętaszka razem z psem wysłałem w jedną, a sam poszedłem w drugą stronę. Wychodząc z leśnej gęstwiny, która stanowiła naturalną granicę między plażą a resztą wyspy, natrafiłem na całkiem rozległą polanę, z całym przekrojem fauny, od papug po jakiegoś rodzaju kociego drapieżnika, co wywnioskowałem z potężnego ryku, który w pewnym momencie wiatr poniósł po okolicy. Ostrożnie wycofując się, uznając moją zwiadowczą wędrówkę za zakończoną sukcesem, zauważyłem błysk, który przykuł moją uwagę. Podszedłem ostrożnie i nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. W gęstwinie kłączy leżała stara szabla, którą kapitan Hook mógł wymachiwać w kierunku beztroskiego Piotrusia Pana. Co jednak bardziej zaskakujące, obok leżała do połowy zakopana stara skrzynia.

Robinson-odkrywanie-wyspy

Cała sceneria była tak sugestywna, że zacząłem rozglądać się wokół w poszukiwaniu piratów, którzy pewnie nie byliby zachwyceni, że kręcę się wokół ich skarbu. Na szczęście wiek i stan obu przedmiotów wskazywał na to, że ewentualny pirat szablą mógłby się co najwyżej podpierać. Trochę się mocowałem ze skrzynią, która zamknięta na klucz na szczęście nie była, ale wieko przywarło dosyć skutecznie. W końcu moim oczom ukazała się nieźle zachowana butelka wina.

„Plaża, słońce i wino, rocznik taki że hoho – to jednak mogą być udane wakacje.” Tym żartem postanowiłem zakończyć eskapadę i wrócić na plażę. Musiałem coś zjeść, bo chyba zaczynałem majaczyć. Do tego słońce powoli Robinson-in-vino-veritaszbliżało się ku zachodowi. Do „obozu” dotarłem zaraz przed zachodem słońca. Piętaszek z psem już na mnie czekali. W głębi wyspy znaleźli pasmo niewielkich gór, w których, gdyby nastała taka potrzeba, mogliśmy schronić się w jednej z licznych jaskiń. Chyba ktoś przed nami również miał taki pomysł, ponieważ w pobliżu jednej znaleźli medalion z wizerunkiem pięknej kobiety. Był on jednak na tyle stary, że raczej nie było co liczyć na spotkanie tak z osobą na zdjęciu, jak i tą, która go zgubiła. Jednak sam fakt, że nie jesteśmy pierwszymi ludźmi na tej wyspie, co pokazały nasze znaleziska, w pewien sposób nas pokrzepił.

Tak siedząc, jedząc zebrane owoce i próbując się dogadać to na migi, to każdy w swoim języku, a przy okazji starając się wymyślić jakieś imię dla psa, który stał się pełnoprawnym członkiem naszej drużyny rozbitków, zapomnieliśmy o schronieniu. Było już ciemno, więc jaskinia na ten moment odpadała, a sami nie mieliśmy już sił, żeby postawić dach nad głową na plaży. Zwinęliśmy się więc w kłębek i poszliśmy spać pod gołym niebem, myśląc o tym, co przyniesie kolejny dzień…

DZIEŃ 2

Pogoda co prawda jest raczej wakacyjna, jednak noc na plaży bez dachu nad głową, ścian chroniących przed wiatrem czy nawet porządnego okrycia trochę dała nam się we znaki, ale bez przesady – w końcu jesteśmy mężczyznami w kwiecie wieku. Obchód okolicy wykazał, że niedaleko naszego obozu pojawiły się wydry, które jawnie wypowiedziały nam wojnę o pływające w tym miejscu ryby. Co prawda świeże owoce mamy na wyciągnięcie ręki, ale Piętaszek najwyraźniej nie przepada za taką dietą i postanowił wybrać się na polowanie. Wrócił z promiennym uśmiechem na ustach, pokazując rząd białych jak mleko zębów, trzymając wydrę w jednym, a rybę w drugim ręku.

Robinson-ja-w-pełnej-krasieSam cały dzień starałem się zbudować jakieś schronienie na kolejną noc, niestety okazało się to być trudniejsze, niż z początku mi się zdawało. Tym bardziej było to bolesne, że z zawodu jestem cieślą… No ale plaża to nie warsztat, tak więc niezrażony niepowodzeniem kolejną próbę podejmę co najwyżej bardziej zmotywowany i zdeterminowany. Niestety czekała nas kolejna noc pod gołym niebem, ale najedzonemu Piętaszkowi ciężko było zepsuć humor, a ja przypomniałem sobie, że woda na brzeg wyrzuciła młotek, który może znacznie ułatwić sprawę, tak więc z dobrymi humorami zasnęliśmy pod gwiaździstym niebem.

DZIEŃ 3

Obudziliśmy się nieco przemarznięci, ale jeszcze specjalnie nie odbiło się to na naszym zdrowiu. Pogoda zaczyna jednak płatać figle: przez nasz obóz przetoczyła się poranna wichura, rozrzucając narzędzia i zapasy po całej okolicy. Dało to nam do myślenia i z samego rana postanowiłem przyłożyć się do budowy naszego schronienia. Wpadłem w dobrze sobie znany wir pracy i nie dość, że wszystko się udało i kolejną noc mogliśmy już spędzić w komfortowych jak na naszą sytuację warunkach, to jeszcze postanowiłem wykorzystać swój zapał i nieobecność Piętaszka i zastawiłem wnyki. On w tym czasie razem z psem, na którego ostatecznie wołamy Wilson, postanowił dalej zwiedzać wyspę.

Robinson-wyprawa-po-drewnoCałodniowa wycieczka nie przyniosła specjalnych rezultatów, jednak przytargał ze sobą drewno z powalonego drzewa, które przy okazji posłużyło za transport dla ciernistych krzewów, którymi trochę zabezpieczyliśmy nasze nowe domostwo. Było to tym bardziej na miejscu, że co prawda żadnego nie widział, ale podobnie jak ja wcześniej słyszał głośny ryk niechybnie należący do groźnej bestii. Wieczorem, po raz kolejny posilając się owocami, postanowiliśmy, że pora zacząć odkładać trochę drewna w stos na plaży, który będziemy mogli podpalić, kiedy na horyzoncie zauważymy jakiś statek. Żeby zwrócić czyjąś uwagę musiałoby to być sporych rozmiarów ognisko, dlatego tym bardziej lepiej szybciej rozpocząć taką operację. W najgorszym wypadku posłuży nam ono jako rezerwa, kiedy zapasy do własnego użytku nie będą wystarczające. W tym celu resztkę sił tego dnia przeznaczyłem na zrobienie czegoś na kształt siekiery. Udało się, chociaż z drobnymi problemami w postaci różnych zacięć. Po takim dniu odpoczynek należał mi się jak nikomu innemu…

DZIEŃ 4

Kolejny poranek uzmysłowił nam to, o czym chyba zapomnieliśmy: nie jesteśmy na wakacjach, a to nie jest rajska wyspa, która dba o nas jak dobry gospodarz o swoich gości. Jesteśmy bardziej jak kret, który zadomowił się w ogródku, bierze dla siebie co potrzebuje i stara się pozostać poza zasięgiem wzroku gospodarza. I będziemy nim przez nieokreśloną ilość czasu, a nie do końca turnusu. Może do końca życia… Nie wiem, czy owoce, które jedliśmy na kolację były nieświeże, czy może chwyciliśmy nie te, które powinniśmy, jednak sensacje żołądkowe rano mieliśmy obaj w równym, wysokim i bolesnym, stopniu. Niczym groźniejszym na szczęście się to nie skończyło, a nas przywróciło to zdarzenie do rzeczywistości. Trzeba wziąć się w garść, zacząć na siebie uważać.

Postanowiliśmy najpierw zadomowić się, a dopiero kiedy nasz obóz stanie się bezpiecznym i ciepłym schronieniem zajmiemy się dalszym eksplorowaniem wyspy. Piętaszek dzień spędził na gromadzeniu zapasów drewna, co mu się udało całkiem nieźle, chociaż nie obyło się bez drobnych ran kłutych :) Ja natomiast najpierw pozgarniałem nasz dobytek, a następnie po raz kolejny złapałem za młotek i umocniłem dach. Jak się później okazało, był to doskonały pomysł: wieczorem rozpoczęła się ulewa, ale do nas docierały jedynie nieliczne krople, które przedarły się przez moją misterną konstrukcję.

DZIEŃ 5

Jakby sam fakt bycia rozbitkiem nie był wystarczająco pechowy, to wylądowaliśmy na tej wyspie chyba w porze deszczowej. Ulewa trwała całą noc, trwa nadal, a o ile przystosowałem nasz obóz do walki z wodą lecącą z góry, to nie spodziewałem się powodzi… Fale wody mocno dały się we znaki naszemu obozowisku, przyniosły za to trochę drewna, które odłożyliśmy na moment pojawienia się statku na horyzoncie. Żeby niebo nie spadło nam na głowy wziąłem się za umocnienie dachu, w końcu nie wiadomo było, kiedy przestanie padać. Może w ogóle już nie przestanie? Zebrałem się w sobie i korzystając z umiejętności, jakie nabyłem w czasie kariery zawodowej poradziłem sobie z dachem nie tylko szybko, ale zużyłem również mniej potrzebnych materiałów.

Uznaliśmy, że wyspa nie jest zadowolona z naszej obecności, dlatego zaoszczędzony czas poświęciłem na zrobienie noża, dzięki któremu mielibyśmy chociaż cień szansy na walkę z drapieżnikami, które prędzej czy później najprawdopodobniej zainteresują się nowymi gośćmi w ich królestwie. Broń wyszła z tego całkiem niezła, chociaż pierwszą jej ofiarą stałem się ja sam. Piętaszek zainteresowany moimi robótkami postanowił mi tym razem towarzyszyć i zaczął mocować się z czymś, co po kilku godzinach zaczęło przypominać łopatę. Niezły pomysł. Padać nie przestało nawet na moment, tak więc do wieczora w zasadzie nie ruszaliśmy się spod dachu, nawet Wilson porzucił tego dnia swoje zwyczajowe wędrówki po okolicy. Dołożyliśmy trochę drewna na nasz sygnalizacyjny stos, zjedliśmy owoce i poszliśmy spać.

DZIEŃ 6

Poranek nie przyniósł wielkich zmian pogodowych. Co prawda zaraz po przebudzeniu akurat nie padało, ale chmury nad nami nie wróżyły dobrze, a ocean był w paskudnym nastroju. Humory nadal nam dopisywały – w końcu nadal żyliśmy – ale zdawaliśmy sobie sprawę z powagi naszej sytuacji. Postanowiłem zająć się dalszym zabezpieczaniem obozu, w tym usunięciem skutków powodzi poprzedniego dnia. Kiedy wszystko było już na swoim miejscu postanowiłem na trochę ruszyć się z plaży, która przez ostatnie dni stała się moim domem i więzieniem zarazem i, co prawda niedaleko, wybrałem się po drewno. Opuszczając obóz dostrzegłem ślady drapieżnika w okolicy – czyżby słyszane przez nas ryki miały w końcu zmaterializować się w swojej śmiertelnie niebezpiecznej postaci wprost pod naszym obozem? Na szczęście pogoda nie tylko dla nas nie była łaskawa: drzewa potraciły wiele swoich gałęzi, tak więc szybko złapałem tyle drewna ile dałem radę i wróciłem do obozu.

Robinson-Piętaszek-eksplorujeWolny duch Piętaszek korzystając z w miarę spokojnej pogody – biorąc pod uwagę ostatnie dni – wziął Wilsona i poszedł dalej odkrywać tajemnice naszej wyspy. W świetle znalezionych przeze mnie śladów boję się, że wycieczki te mogą się w końcu źle dla nich skończyć, ale wyperswadować mu tych spacerów raczej nie sposób. Tym razem na szczęście wszystko dobrze się skończyło, moi towarzysze wrócili cali i zdrowi, do tego niosąc kolejne znaleziska: drewno, które od razu powędrowało na stos, lecznicze zioła i trujące pędy. Wszystko to z okolic rzeki, która przecina naszą wyspę. Po raz kolejny jednak dały o sobie znać dzikie zwierzęta, których najwyraźniej jest wokół nas pełno… Do tego wieczorem przeszła ulewa, jakiej dotąd nie było, a sztorm przetoczył się przez nasze zasieki. To będzie długa i ciężka noc…

DZIEŃ 7

Poranek nie był wcale lepszy: co prawda pogoda nareszcie się uspokoiła, ale kiedy siedzieliśmy przy śniadaniu po okolicy przetoczyło się przerażające wycie. Zastanawialiśmy się co zrobić, aż Piętaszek nagle po prostu wstał, złapał broń i poszedł w las. Początkowo poszedłem za nim, ale kiedy zagłębiliśmy się już w las zdecydowanie kazał mi wracać, co biorąc pod uwagę fakt, że sam broni nie miałem uznałem w końcu za dobry pomysł. Korzystając z okazji złapałem trochę drewna i wróciłem do obozu. Najlepsza na stres jest praca, obudziła się więc we mnie złota rączka i zająłem się naszym dachem. Nie wiem co Piętaszek robił zanim zaczął pracować na statku, ale patrząc na jego zamiłowanie do wędrówek po dziczy i, co okazało się po jego powrocie, biegłość w polowaniu, musiał być Bearem Gryllsem. Wrócił nie tylko cały i zdrowy, ale również z kawałem mięsa, które po tygodniu owocowej diety smakowało jak najlepsza rzecz pod słońcem. A nawet nie mieliśmy soli.

Robinson-pogoda-nie-rozpieszczaMorale na koniec dnia było więc znakomite, ale noc już postarała się, żebyśmy nie cieszyli się za bardzo. Chmury deszczowe, w pewnym momencie nawet śnieg, do tego – może w akcie zemsty, może z głodu, a może z czystej ciekawości – na nasz obóz przypuściła atak bestia, którą jednak nasze zacieki skutecznie powstrzymały. Biedny kocur musiał czuć się jakby próbował dostać się do puszki sardynek bez otwieracza – jedzenie było na wyciągnięcie ręki, a jednak nie było się jak do niego dostać. Na szczęście dla nas, sardynek.

DZIEŃ 8

Ale na tym oczywiście nie mogło się skończyć. Późną nocą pośród grzmotów usłyszeliśmy potężny hałas, ziemia poruszyła się, a strumień wody i błota zmiótł nasze obozowisko. Na szczęście była to usługa kompleksowa: wszystkie nasze rzeczy poleciały razem z nami, tak więc nasz dom nie ucierpiał aż tak bardzo na zmianie adresu. Z ulicy palmowej przenieśliśmy się na plac małej łąki, mój skrzętnie dopracowywany dach już nie sprawiał wrażenie równie solidnego co wcześniej, ale nadal zapewniał jakieś schronienie. Od razu wziąłem się oczywiście do zabezpieczania obozu, a potem razem z Wilsonem poszliśmy w kierunku rzeki, żeby zobaczyć, co kryje się w naszych nowych okolicach. Na szczęście nie napotkaliśmy żadnych nieprzyjemnych niespodzianek, a nawet udało się znaleźć stare świece – teraz będę mógł pracować nawet w nocy. Jakim cudem to mi udało się wybrać na eskapadę, a Piętaszek został w okolicy zbierać drewno? Nocne osuwisko wytrąciło go z równowagi: gadał do siebie, z tego co zrozumiałem, to w jego opinii wyspa, na której się znaleźliśmy jest przeklęta i z każdym kolejnym dniem coraz bardziej się stara, żeby pozbyć się nas, intruzów. Wrócił do obozu cały pokaleczony, z obłędem w oczach. Zebraliśmy nasze zapasy drewna i czekaliśmy na cud…

DZIEŃ 9

Rano przypomniałem sobie, że całe to drewno czeka na statek, a przecież trzeba je jakośRobinson-nieciekawe-wydarzenia podpalić, a tymczasem w naszym nowym obozie nie mieliśmy jeszcze ognia… Jesteśmy już wyczerpani fizycznie i psychicznie, więc w sumie nie dziwne, że nie pomyśleliśmy o takim szczególe, który mógł jednak okazać się katastrofalny w skutkach. Wszystko idzie nam opornie, tak więc krzesanie ognia zajęło mi pół dnia, po czym padnięty usnąłem zaraz obok wesoło strzelających płomieni. Piętaszek w tym czasie zajmował się wzmocnieniem obozu, by już ani pogoda, ani żadne zwierzę nas nie zaskoczyło. Paradoksalnie właśnie w tym momencie do obozu wpadł dziki kot, który rzucił się prosto na ogarniętego pracą Piętaszka. Ten na szczęście dostrzegł gotowego do skoku drapieżnika i w ostatniej chwili odskoczył na bok, dobrze wykorzystując przy tym łopatę, którą akurat się posługiwał. Pierwsze uderzenie zamroczyło zwierzę, a kolejne trzy wypędziły go z obozu, sądząc po krwawych śladach mocno zranionego. Piętaszek jak gdyby nigdy nic wrócił do pracy, a ja zastanawiałem się, czy to czasem nie był sen.

Zebraliśmy już taką ilość drewna, która najprawdopodobniej wystarczyłaby na zwrócenie uwagi przepływającego w okolicy statku, jednak po pierwsze, żadnego statku nadal na horyzoncie widać nie było, a po drugie coraz bardziej zimowa pogoda zmusiła nas do wykorzystania części drewna, by ogrzać się podczas mroźnej nocy. Nie zdążyliśmy się jeszcze rozejrzeć po nowej okolicy w poszukiwaniu jedzenia, na szczęście suchary, które od pierwszego dnia gdzieś się walały po obozie rzuciły mi się w oczy w najlepszym ku temu momencie. Ale jak długo możemy mieć jeszcze takie szczęście?

DZIEŃ 10

Kolejny dzień rozpoczął się jak u Hitchcocka: na początku wstrząs, a potem działo się jeszcze więcej. Najpierw wichura połamała okoliczne drzewa, a potężny konar spadł wprost na obozowisko. Na szczęście skończyło się jedynie na lekkich siniakach i zadrapaniach, ale mogło być o wiele gorzej. To ile nam zostało tego szczęścia?

Postanowiliśmy, że po nieplanowanych przenosinach naszego obozu, z plaży bardziej w głąb Robinson-nie-mam-już-siłwyspy, musimy obrać warty i pilnować oceanu, żeby mieć pewność, że pod naszymi nosami nie przepływa dający nadzieję na przeżycie statek, podczas gdy my zajęci jesteśmy zbieraniem bananów. Przemieściłem się więc na wzniesienie niedaleko naszego obozu, z którego rozciągał się dobry widok na bezmiar oceanu po tej stronie wyspy i zacząłem wiązać linę, bez której usunięcie konara ze środka obozu mogłoby się nie udać, zerkając co jakiś czas na horyzont. Lina była już w zasadzie gotowa, kiedy moim oczom ukazał się niewyraźny zarys w oddali! Zmęczenie dawało o sobie znać, dlatego też głęboko odetchnąłem, zebrałem myśli, otworzyłem oczy i całym sobą skupiłem się na tym jednym punkcie, żeby mieć pewność, czy to, co zobaczyłem to widok, na który czekaliśmy, czy też wytwór mojej wyobraźni.

Chwile mijały, a z każdą kolejną byłem coraz bardziej pewny, że tam daleko przecina fale statek, który jest naszym biletem powrotnym z tej piekielnej wyspy! Popędziłem w dół jak szalony w kierunku obozu, Piętaszka jednak nie było. Słońce chyliło się już ku zachodowi, a trzeba było jeszcze znieść trochę drewna na plażę, a następnie modlić się o to, by dostatecznie szybko się ono rozpaliło. Ostatnie kłody zniosłem już w nocy, ogień stawał się coraz większy i wyraźniejszy, Piętaszka jednak nigdzie nie było. Wrócił za to Wilson, co kazało mi przypuszczać, że mój dzielny druh na kolejną wycieczkę po wyspie wybrał sobie najgorszy z możliwych dni i spotkała go najgorsza z możliwych cena.

Drewno już całkowicie zostało pochłonięte przez nienasycony ogień i potężne płomienie coraz wyżej strzelały w górę sygnalizując, że pustka wokół niczego nie podejrzewającej załogi statku jest tylko pozorna. Czy jednak ktoś zwróci na nie uwagę? Tak czy inaczej jest to już moja ostatnia szansa. Teraz pozostało już tylko czekać. Na Piętaszka. Na statek. Bądź na śmierć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s